Wszystkie oszustwa Delhi. Stolica Indii bez lukru.

O stolicy Indii, Delhi, pisałam już kilkukrotnie, że nie zapałałam do niej głębokim uczuciem, nie wytworzyła się między nami też specjalna więź, którą warto byłoby pielęgnować. Każdy dzień spędzony w stolicy Indii to była walka. Walka z naganiaczami.

W Delhi na każdym kroku ktoś próbuje nakłonić do zakupu niepotrzebnych rzeczy, do odwiedzenia lepszych miejsc niż to, w którym aktualnie przebywasz, czy też do zarobku kosztem turysty poprzez podawanie zawyżonych cen. Jednocześnie opisane niżej historie pozwolą wam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego samotnie podróżujący, szczególnie kobiety, mogą nie czuć się bezpiecznie w Indiach. I choć wystarczy dosadnie powiedzieć „NIE” do nachalnego naganiacza, to dla wrażliwszych osób wizyta w Delhi może być prawdziwą udręką.

Delhijski student.

Hotelowe drzwi otwiera przede mną ochroniarz. Wita mnie delhijska ulica z całym rozgardiaszem. Riksze, kobiety w kolorowych sari, sprzedawcy przekąsek, naganiacze do ulicznych garkuchni, trąbiące samochody i przebijający się przez korek motocykliści. Ludzie śpiący na ulicy tuż przy całym dobytku swojego życia, grupki mężczyzn rozmawiających ze sobą, leżące pośród stóp uczestników delhijskiego życia śpiące psy, obok których przechadzają się spokojnie i dostojnie królowe indyjskich ulic – krowy. Gwar ulicy, ciekawskie spojrzenia i co chwilę zagadujący ludzie. To wszystko w akompaniamencie rozdzierających powietrze klaksonów.

Poboczem meandrując między psami, motocyklami, rikszami, ludźmi, ćwiczę podzielność uwagi, chłonę to, co dzieje się wokół mnie, a jednocześnie uważam, by nie stanąć śpiącym psom na ogon lub nie wpaść na nikogo ani na nic. Moje pierwsze próby przeżycia na ulicy w Delhi przerywa tajemniczy głos:

– Skąd jesteś?

– Z Polski.

– Jak długo jesteś już w Indiach?

– Miesiąc.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Niedługo.

– Który raz jesteś już w Indiach?

– Trzeci.

– Gdzie byłaś?

– Dwa razy w Delhi i raz w Kerali.

– Podoba ci się w Indiach?

– Tak, dopóki nikt mnie nie zaczepia.

– Dokąd idziesz?

– Tam.

– Wiesz, że to niezbyt bezpieczna okolica dla ciebie?

– Dla mnie?

– Tak, w Delhi są lepsze miejsca.

– Co tu robisz, jeśli jest tu tak niebezpiecznie?

– Wiesz, przyjechałem tu z Wielkiej Brytanii, tam studiuję. I tak sobie pomyślałem, jak cię zobaczyłem, że mogę pokazać ci lepsze miejsca niż to.

Uparty głos wciąż podąża za mną po wąskim poboczu. Nadarza się okazja i mogę przyjrzeć się właścicielowi „opiekuńczego” głosu podążającego za mną. Błękitna koszula mężczyzny uwydatnia jego ciemne oczy, dla kontrastu ubrany jest w jasne spodnie, na wspomnianą koszulę ma zarzucony sweter, przeczesuje ręką kruczoczarne, nażelowane włosy, pokazując złoty zegarek na nadgarstku.

– Dziękuję, ale poradzę sobie. Nie potrzeba mi pomocy. – Odzywam się, kiedy po chwili ciszy widzę, że nie odchodzi.

– Jesteś pewna? Tu jest bardzo niebezpiecznie. Nie chcę cię straszyć ani przeszkadzać. Mogę ci pomóc.

– Dziękuję, nie potrzebuję pomocy.

Idę niewzruszona dalej. Kątem oka widzę, że chłopak nadal podąża moim śladem. Przystaję przy jednej z wystaw sklepowych. Nie ma rady, musi mnie minąć. Oddala się.

Nie minęło pięć minut, kiedy znów słyszę tajemniczy głos. Tym razem kolejny „student”, tym razem z Australii proponuje mi swą pomoc w tej jakże groźnej i niebezpiecznej dzielnicy. Pytania i metoda ta sama. Odmawiam i kluczę między uliczkami. Gubię pana. Później dopada mnie jeszcze jeden elegancki opiekuńczy dobrze wyglądający Hindus. Temu krótko odpowiadam. Jestem w Indiach trzeci raz, wiem, co kombinujesz. Nie potrzebuję pomocy. Odchodzi. Przez dwa dni odpierałam ataki niby studentów. Czasem błądziłam po ulicach, czasem chowałam się do hotelu. I wychodziłam po jakimś czasie. Kiedy już poznali mnie i wiedzieli, że ze mnie zarobku nie będzie, zniknęli.

Metoda na studenta w Delhi jest bardzo popularną metodą łatwego zarobku. Nową książkę, którą otrzyma za pomoc, zwróci do sklepu a pieniądze, które dostanie, są wypłatą za trud naprzykrzania się. Słyszałam, że podobną metodę stosują matki z dziećmi. Tylko ich przedmiotem pożądania jest mleko dla dziecka. Z pomocą w Delhi zdecydowanie trzeba uważać.

Delhijskie ceny, ceny, ceny…

Ceny za wstęp do atrakcji turystycznych są kilkanaście razy wyższe dla turysty niż dla osoby mieszkającej w Indiach. Przy kasach są też dwie kolejki jedna dla mieszkańców a druga dla cudzoziemców.

Humayun’s Tomb. Kasa. Daję panu 1000 rupii. Bilet wstępu dla cudzoziemców kosztuje 600 rupii, dla mieszkańców 40 rupii. Pan podał mi żeton, uprawniający do wejścia. Stoję nadal przy kasie. Czekam na resztę. Pan z kasy jest czymś zajęty i nie zwraca na mnie uwagi. Robię zdjęcie opłat wstępu, czym zwracam uwagę szanownego pana. Pyta dość chłodnym tonem:

– Coś jeszcze?

– Wciąż czekam na resztę.

– Zapomniałem wydać reszty…

* * *

Cena za dużą wodę niegazowaną to 20 rupii. Przy Bramie Indii akurat ta, którą posiadałam, skończyła się. Tuż obok jest mały sklepik spożywczy. Podchodzę, proszę o wodę i pytam o cenę.

– 150 rupii poproszę.

– Normalna cena za wodę to 20 rupii.

– Nie, 150 rupii.

– Wiem, ile kosztuje woda i jeśli chcesz 150 rupii za butelkę, to mogę oddać ją z powrotem.

Sprzedający patrzy na mnie i oświadcza:

– Nie idź. Masz rację, woda kosztuje 20 rupii.

* * *

Spragniona w Indiach widać byłam w najgorszych możliwych momentach. Wyciągnęłam pieniądze z bankomatu. Nie miałam żadnych drobnych przy sobie. Przede mną był kolejny sklepik z mydłem i powidłem, a okolica akurat z ambasadami dookoła, wydawała się bardzo porządna. Między produktami zobaczyłam kilka butelek z wodą niegazowaną.

– Przepraszam, nie mam drobnych. Będzie miał pan wydać z 500 rupii za wodę?

– Tak, będę mieć. Sprzedawca podaje mi resztę.

I wodę w butelce. Otwartą i upitą. To cena za to, że pan musiał wydać resztę z dużej kwoty.

* * *

150 rupii to nie jest duży wydatek, ale w Indiach, jeśli jesteś cudzoziemcem, szczególnie podróżującą w pojedynkę kobietą, będziesz mieć mnóstwo takich sytuacji. Codziennie. Zawsze, wtedy kiedy przyjdzie ci negocjować cenę. Cokolwiek by to było. Nawet za wodę.

Wsiąść do pociągu, na stacji New Delhi…

Szukam kasy na dworcu New Delhi. Podchodzi dobrze ubrany starszy pan w koszuli podobnej do tej, którą nosi obsługa stacji. Uśmiecha się, a złoty ząb błyszczy w świetle poranka.

– Czego szukasz?

– Kasy dla cudzoziemców.

– Tu nie znajdziesz. Nie sprzedają tu biletów.

– Naprawdę? Przecież to dworzec kolejowy. Jak mogą nie sprzedawać biletów?

– Nie ma tu kasy dla obcokrajowców. Musisz jechać na Connaught Place, do biura, w którym za korzystną cenę zarezerwują ci bilety. Radzę ci od razu tam jechać, nie marnuj tu czasu.

– Przepraszam, ale nie wierzę ci. Wiem, że jest tu kasa dla cudzoziemców i pójdę zaraz do niej.

Pan patrzy na mnie ze smutkiem i odchodzi. Oczywiście kasa dla cudzoziemców istnieje na stacji New Delhi. Nie można dać się zwieść naganiaczom lokalnych biur podróży.

* * *

Brzask. Ludzie rozłożeni na kocach, śpią na zimnej, twardej podłodze dworca New Delhi. Mając bilet w ręku, zaspana w dalszym ciągu, rozglądam się po stacji. Na wyświetlaczu w końcu pojawiają się nazwy po angielsku. Patrzę na bilet, by sprawdzić numer pociągu i odgadnąć z wyświetlacza, z którego peronu rusza mój pociąg.

– Gdzie jedziesz?

Słyszę pytanie skierowane wprost do mnie. Mężczyzna w średnim wieku patrzy uważnie na mój bilet, który ściskam w ręku. W myślach zastanawiam się, czy to nagabywanie w Delhi nigdy się nie skończy. Zbieram się w sobie i odpowiadam, najbardziej chłodno jak potrafię

– Do Agry.

– Wiesz, że ten pociąg jest spóźniony, pokażę ci, gdzie musisz…

Przerywam mu wywód, mówiąc:

– Znam sztuczkę ze spóźnionym pociągiem. Wiem, że odjedzie o czasie. I nie potrzebuję żadnych rad. Wiem, co kombinujesz.

Mężczyzny w średnim wieku już nie ma przy mnie. Znika tak samo szybko, jak szybko się pojawił.

Connaught Place w Delhi.

Sklepy z najbardziej znanymi na świecie markami, restauracje w stylu zachodnim, największe zgromadzenie placówek banków, bankomatów i barów typu fast food. Plac inspirowany był architekturą z Cheltenham i Bath, wybudowany specjalnie dla Brytyjczyków stęsknionych za krajem. By nie zgubić się w gąszczu białych kolumn, rejony placu podzielono na bloki. Każdy blok ma swoją literę, dzięki czemu łatwiej jest odnaleźć się w kolonialnym Connaught Place. Od lipca 2018 roku jako centrum finansowe, handlowe i biznesowe Connaught Place był dziewiątą najdroższą lokalizacją biurową na świecie.

Oprócz tak zaszczytnego miejsca na mapie New Delhi, Connaught Place według analizy moich wizyt w tym miejscu może poszczycić się tytułem miejsca, w którym występuje największe zagęszczenie naganiaczy na metr kwadratowy w całym Delhi. Idąc przez Connaught Place, nigdy nie wiadomo kiedy zza krzaków, czy kolumny nie przylgnie do nas Hindus próbujący wmówić, że:

  • Connaught Place to nie miejsce na dobre i udane zakupy. I będzie próbował przekonać, że na pobliskim bazarze będzie więcej atrakcyjnych ofert niż w tutejszych sklepach. I on jako człowiek dobrego serca dobrowolnie i z miłości do bliźniego nas tam zaprowadzi.
  • Connaught Place to miejsce, w którym nie należy wyciągać komórek, gdyż jest tu bardzo niebezpiecznie, oczywiście dobroduszny naganiacz zna lepsze i bezpieczniejsze miejsca niż ten okropny i straszny plac. Choć wszyscy siedzący na ławkach mają najnowsze modele komórek i są w nie wpatrzeni, ale przecież dla biednego turysty to nieodpowiednie i niebezpieczne miejsce, szczególnie z komórką w ręku.
  • Connaught Place to miejsce, w którym można się nudzić i dlatego lepiej udać się do pobliskiego biura podróży, które za znakomitą i bardzo konkurencyjną cenę wyprawi w podróż życia znudzonego turystę. Istnieje jeszcze możliwość, że naganiacz od ręki może załatwić dla nas rikszę, którą pojedziemy w dowolny punkt miasta.

Są to trzy najczęstsze powtarzane jak mantra historie naganiaczy z Connaught Place. Chłodne spojrzenie, niezwracanie uwagi i zdecydowana odpowiedź „NIE” pozwoli pozbyć się niechcianych współtowarzyszy spaceru przez śnieżnobiały plac.

O rikszach i taksówkach słów kilka. W Delhi oczywiście.

Przez cały pobyt w Delhi z racji bliskości stacji kolejowej New Delhi od mojego hotelu, udawałam się pod dworzec, by znaleźć rikszarza, który zawiezie mnie w miejsca, które chciałabym odwiedzić. Zazwyczaj wyglądało to tak, że podchodziłam do jednego kierowcy z mapą i pokazywałam gdzie chcę jechać. Zaraz otaczał mnie wianuszek zainteresowanych rikszarzy i rozpoczynała się dyskusja o cenie, trasie, jak to daleko i czy ten, który po angielsku nie mówił, dobrze zrozumiał cenę i gdzie miałby mnie zawieźć. Kiedy podawano mi cenę, zazwyczaj dzieliłam ją na pół i odejmowałam jeszcze trochę z połowy stawki. Pokazując na mapie, że to jednak nie jest, aż tak daleko przekonywałam, że moja cena jest właściwa. Zazwyczaj udawało mi się uzyskać takie ceny, które były do przyjęcia. Ku zadowoleniu kierowcy i mojej.

Przed dworcem New Delhi na parkingu dla riksz i taksówek zawsze miałam pewność, że nie będę zanadto oskubana, a także, że na miejsce bezpiecznie dowiedzie mnie kierowca. Ponieważ stoją tam ludzie uczciwi, którzy chcą zarobić na chleb i nie w głowie im nagabywanie czy inne szemrane interesy. Bardzo lubiłam po Delhi przemieszczać się rikszą i dlatego, jeśli miałam gdzieś jechać, wybierałam ten środek transportu, aż zdarzył się taki oto przypadek.

* * *

Przemiły ochroniarz otworzył hotelowe drzwi. Zapytał radośnie, gdzie jadę. Moim celem tego dnia były Ogrody Lodhi. Sympatyczny ochroniarz stwierdził, że specjalnie dla mnie zatrzyma rikszę. Głupio mi było odmówić, bo zazwyczaj miło rozmawialiśmy na różne tematy jak pogoda, cel wycieczki, co udało mi się zobaczyć i ogólnie rozprawialiśmy trochę o Indiach.

Riksza zatrzymana. Cena uzgodniona. Ruszamy. Intuicja zaczyna mi podpowiadać, że coś jest nie tak. Kierowca zwalnia i zabiera dobrze mówiącego po angielsku kolegę. Zaczyna się rozmowa, której wolałabym w ogóle nie prowadzić. Oczywiście kłamię, na temat tego, że sama nie jestem i że to nie jest mój pierwszy raz w Indiach. Okulary pozwalają mi nie utrzymywać kontaktu wzrokowego z rozmówcą. Co chwilę sprawdzam lokalizację na mapie, jak jeszcze daleko do ogrodów. Marzę, by ta przejażdżka się już skończyła. Riksza zwalnia. Zjeżdża na pobocze. Obaj panowie oznajmiają, że „pojazd się zepsuł, ale…”. Już nie usłyszałam co, bo szybko wyskoczyłam z rikszy i pewnym siebie szybkim marszem gnałam ku stojącym nieopodal rikszarzom.

Mimo że szybko szłam to próbował mnie dogonić kolega panów z zepsutej rikszy. Dobrze ubrany Hindus. Jeden z naganiaczy. Krzyczał za mną, że ci z rikszy mnie śledzą i mnie znajdą. Żebym lepiej się zatrzymała i razem z nim pojechała tam, gdzie będzie bezpiecznie. Na szczęście była to okolica z restauracjami, z których zainteresowani wyglądali przez okna lub stali w drzwiach. Mając widownię, łatwiej było mi uciec.

Dobiegłam do postoju riksz. Zatrzymany rikszarz zawiózł mnie tam, gdzie chciałam. Nie rozmawiał, nie proponował żadnych kolejnych usług, wykonywał swoją pracę. To był jedyny raz, kiedy podczas miesięcznego pobytu w Indiach naprawdę się wystraszyłam. Ta sytuacja przekonała mnie, że już nigdy nie skorzystam z polecanej i spontanicznie zatrzymanej rikszy. Od tamtej pory chodziłam już tylko i wyłącznie pod stację New Delhi gdzie byłam pewna świadczonych usług.

* * *

Z taksówkami w Delhi bywa różnie. Najlepiej korzystać z taksówek prepaid, gdzie płaci się za przejazd z góry. Wynajęcie taksówki na cały dzień to koszt 2000 rupii. Opłaca się wynająć na jeden dzień taksówkę i zwiedzić najdalej położone zabytki Delhi. Do tych położonych w centrum przyjemniej, taniej i łatwiej dotrzeć rikszą, a jeszcze tańszą opcją jest metro. Dojazd taksówką z lotniska czy na lotnisko z dworca New Delhi kosztował 500 rupii. Niestety gdy wracałam czasem w nocy z lotniska, z terminalu dla lotów krajowych, stanowisko prepaid nie było już czynne, o czym taksówkarze wiedzieli i wykorzystywali sytuacje, podając ceny z kosmosu. I tak wracając do hotelu, o północy zdarzyło mi się zapłacić za przejazd nawet 1100 rupii. Innego wyjścia nie było.

Inną możliwością na naciągnięcie turysty na dodatkowe pieniądze przez taksówkarzy jest opcja na mandat. Pan, który obwoził mnie po mieście, stwierdził, że na parkingu dostał mandat w wysokości 500 rupii. Poprosiłam o rachunek. Pokazał mi bilet parkingowy na kwotę 150 rupii. Zrobił kwaśną minę na moje lodowate spojrzenie posłane ku niemu. I już nie wspominał o mandacie.

Do sklepu chcę zawieźć cię.

„By wejść do tego zabytku, musisz mieć chustę. Zawiozę cię do najlepszego miejsca, gdzie będziesz miała najwspanialszy wybór chust, jaki kiedykolwiek widziałaś.” A ceny oczywiście z kosmosu. Wszystko by było fajnie, ale gdyby nie to, że Delhi to jeden wielki bazar. Jakość, nieważne czy w luksusowym sklepie czy na bazarze, jest podobna. Raz kupiłam szal za 1000 rupii, który niczym nie różnił się od tych, które kupiłam za 250 rupii za sztukę. Wszystkie są miłe w dotyku i po praniu wyglądają tak samo. Jeśli chcecie kupić szale z prawdziwych materiałów, z których słyną Indie, poczytajcie lepiej opinie w Internecie o sklepach, w których warto zaopatrzyć się w tego typu pamiątki.

Nie prosiłabym też żadnego z kierowców o polecenie sklepu czy restauracji, bo to jest jasne, że zawiezie was tam, gdzie pracuje jego rodzina, znajomi, bliscy i gdzie od przywiezionego turysty dostaje prowizję. Jeśli szczególnie zależy wam na czymś, warto sprawdzić najlepsze miejsce do zakupu w Internecie i pokazać kierowcy adres, pod który ma was zawieźć.

Popularnym w Indiach zabiegiem jest granie na emocjach przyjezdnych zdanie „no chodź, pomóż mi i mojej rodzinie. Nie musisz nic kupować, możesz tylko wejść i pooglądać”. Kierowcy ze sprzedaży mają prowizję, więc niech was nie zdziwi pytanie, ile wydaliście w sklepie. Jeśli skusiliście się na zakupy w takim sklepie.

Tak wygląda walka z naganiaczami w Delhi, kiedy jest się samą w Indiach. Nie oznacza to jednak, że każdy napotkany w Delhi człowiek jest zły. Trzeba być czujnym i rozważnie wybierać tych, z którymi mamy mieć jakikolwiek kontakt. Były też fajne chwile spędzone w Delhi. Miło wspominam ekipę, u której się żywiłam w ulicznej garkuchni, miło będę wspominać pana ze sklepu z mydłem i powidłem, u którego kupowałam wodę niegazowaną, bez próby oszustwa na cenie, będę miło wspominać hotel, w którym recepcjoniści, kiedy mnie widzieli, radośnie machali, a obsługa restauracji, w której jadłam śniadania, zawsze miała dla mnie miłe powitanie, panie z lokalnego sklepiku z pamiątkami, które nie były nachalne i pozwalały mi na długie zastanawianie się, co by jeszcze mi się przydało, panią z biura sprzedaży biletów kolejowych itd.

P.S. Do przeczytania za tydzień. 🙂

A w międzyczasie możesz zapoznać się z innymi wpisami o Indiach.

11 komentarze(y) Dodaj komentarz
  1. Świetnie sobie poradziłaś, my też podobnie robiliśmy ze zbijaniem ceny za przejazd. Poczułam tamta atmosferę i nachalność, najlepiej jest daleko od wielkich miast, ludzie zupełnie inni, usmiechnięci i zyczliwi. Relacje fantastyczne.

  2. Podobno ale Indie się kocha albo nienawidzi 🙂 Mnie już denerwuje jak na rynku we Wrocławiu próbują mi upchnąć różę „za darmo” a co dopiero w takich Indiach gdzie trzeba naprawdę wykazać się dużą czujnością i asertywnością 🙂

    1. Ale nie można dopuścić, żeby negatywne wrażenia ze stolicy przyćmiły fakt, że Indie mają wiele uroczych miejsc. Wszędzie wielkie miasta gromadzą to co najlepsze ale też i to co najgorsze.

  3. Ale metody! Koniec świata, ta kasa dla cudzoziemców na dworcu to w ogóle szok, bo podejrzewam z tym mogłabym się dać nabrać to m bardziej że w nowym miejscu.mozna się pogubić

  4. Nie sądziłam, że w Indiach napotyka się aż tylu naciągaczy. Najprawdopodobniej nie wybrałabym się tam sama, nie lubię tłumów i nagabywania 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *