Rozlewiska Kerali. Jeden dzień na backwaters.

Keralska ulica budzi mnie wesołym śpiewem dobiegającym z pobliskiej szkoły. Zerkam na zegarek i z przerażeniem spostrzegam, że to już prawie południe. Zrywam się z łóżka i biegnę zwiedzać Fort Kochi. Po wyjściu z hotelu czuję podmuch ciężkiego, wilgotnego powietrza. Ten dzień przeznaczyłam na poznanie najbliższej okolicy. Nie mam siły na więcej. Ograniczona przez czas, jaki mam spędzić w zielonym stanie Indii postanawiam zdać się na oferty pobliskich biur podróży. Cztery dni pobytu w Kerali to zdecydowanie za mało. Jak się okazuje, rozlewiska Kerali to jedyna dostępna w listopadzie wycieczka jednodniowa. Za 800 rupii czeka mnie dzień pełen soczyście zielonych keralskich krajobrazów na słynnych rozlewiskach, które są siecią słonowodnych lagun i kanałów niedaleko Morza Arabskiego. Razem tworzą ponad 900 km dróg wodnych.

Pan z recepcji czeka razem ze mną na busa, który miał pojawić się po mnie o 08:00 rano. Kiedy po 10 minutach spóźnienia przyjeżdża, z ulgą wsiadam do rozklekotanego białego pojazdu. Siadam na pojedynczym miejscu i ruszamy zabrać jeszcze kilka innych osób. W wycieczce uczestniczy 14 osób.

Wszystkie szyby w busie są otwarte i niemiłosiernie wieje. Nawet najmocniejszy lakier do włosów nie oparłby się wichurze z otwartych okien, ale za to jest przyjemnie chłodno. Po szalonej jeździe zatrzymujemy się za jednym z mostów. Prowadzeni wąską ścieżką pośród wysokich traw docieramy do małej łodzi przycumowanej do jednego z filarów mostu. Każdy wybiera swoje plastikowe krzesło, na którym spędzi cały dzień, wpatrując się w pełne palm krajobrazy.

Łódź, którą się poruszamy, napędzana jest siłą mięśni wysokiego i bardzo chudego pana. Za pomocą długiego bambusowego kija, który służy za wiosło, odpycha łódź od brzegu. Wyjmuje kij z wody, po czym z powrotem zanurza go w głębokiej wodzie po odpowiedniej stronie łodzi. W ten sposób steruje wcale niemałą łodzią. Tuż przy nim, znajduje się jeszcze jeden kij, służący do okresowego zmieniania, gdy pierwszy nasiąknie wodą i stanie się zbyt ciężki, by sprawnie nim operować.

 

Mijaliśmy pełne zieleni brzegi, małe kolorowe domki wtopione w soczystą zieleń, szkołę wybudowaną na cyplu lądu wdzierającego się w wodę, chińskie sieci zarzucone przy brzegach, piorące kobiety, rodziny zażywające kąpieli, mężczyzn przewożących na łódkach różne towary, kobiety na łódkach chronione parasolem przed słońcem.

Ptaki wyśpiewywały swe pieśni. Krowy rozłożone przy brzegu swym pomrukiem od czasu do czasu wyrywały z uśpienia połowę pasażerów naszej łódki. Przelatująca przed nami papuga ostrzegała, by patrzeć uważnie na to, co dzieje się wokół. Przyjemne odgłosy przyrody towarzyszyły nam przez cały rejs po rozlewiskach Kerali.

Pierwszym postojem były odwiedziny w małym domku, przy którym sędziwa kobieta splatała z włosia kokosa wytrzymały sznur. Można było się rozejrzeć dookoła domostwa, by przekonać się, jak wygląda życie codzienne mieszkańców keralskich rozlewisk. Można było także zakupić pamiątki z kokosowego sznura. Drugim i zarazem ostatnim przystankiem w podróży po rozlewiskach, była wizyta w lokalnej jadłodajni otoczonej wysokimi trawami, w której na liściu bananowca spróbowaliśmy specjałów keralskiej kuchni.

Po sytym i smacznym posiłku wróciliśmy na łódź. Przyjemne kołysanie, szum wody, sielskie widoki sprawiły, że ciężko było powstrzymać się od snu. Niestabilność plastikowych krzeseł wygiętych dość mocno w tył wywoływała we mnie obawę, że drzemka może zakończyć się wpadnięciem wprost do zielonej, choć czystej wody. Na naszym pokładzie znalazł się jeden odważny współpasażer, który zakwestionował moją teorię o wywrotnych krzesłach. Uśpiony kojącym szumem wody, zasnął. Teraz oprócz śpiewów ptaków i pomruków krów co jakiś czas słychać było ciche chrapanie odważnego pana.

Droga powrotna była monotonna widokowo. Przepłynęliśmy przez wielkie jezioro, stworzone przez sieć mniejszych kanałów. Następnie spłynęliśmy głównym nurtem większego kanału wprost do filaru mostu, z którego o poranku wyruszyliśmy ku przygodzie na keralskich wodach.

W Fort Kochi pod hotelem byłam o 17:00. Wycieczka była zorganizowana znakomicie. Nie odniosłam wrażenia, że straciłam czas lub któryś z punktów wycieczki był niepotrzebny.

Głównymi zaletami poruszania się łodzią napędzaną siłą mięśni człowieka według mnie są:

  • cichy, przyjemny spływ bez warkotu silnika, który odstraszałby ptaki i inne zwierzęta,
  • brak bólu głowy po całodziennym hałasie silnika,
  • łódź mogła pływać po wąskich kanałach.

Wąskie kanały są malownicze, często usłane kwiatami lilii i hiacyntów wodnych. Uspokajający rejs po rozlewiskach Kerali to idealna propozycja dla osób, które dopiero co przyleciały i jeszcze zmagają się ze zmianą czasu. Polecam dla wszystkich, którzy chcą delikatnie wkroczyć w magiczny świat pachnącej przyprawami Kerali.

P.S. Do przeczytania za tydzień. 🙂

A w międzyczasie możesz zapoznać się z innymi wpisami o Indiach.

9 komentarze(y) Dodaj komentarz
  1. Przepiękne, malownicze miejsce.
    Takie uwielbiam. Przyroda i spotkanie z naturą.
    Pływanie łodzią też ma ogromnie dużo zalet. Odpoczynek i obeserwacja pięknej przyrody.
    Super wrażenie, pięknie to opisałaś-)
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *