Munnar. Herbaciane wzgórza w jeden dzień.

Niezależnie od strefy czasowej pobudka o 05:00 rano nie należy do najprzyjemniejszych. Myśl, że właśnie dziś nadszedł ten dzień, w którym spełnię marzenie o wzgórzach porośniętych małymi soczyście zielonymi krzaczkami herbaty, jest wystarczającą motywacją by wstać jednak o tej godzinie. Kierowca czeka już przed hotelem, a po krótkiej walce z zamkniętymi drzwiami udaje mi się wydostać z hotelu i ruszyć do miejsca, z którego Kerala jest znana – ku wzgórzom Munnar, gdzie zieleń herbaty przeplata się z błękitem nieba.

Za oknem panuje jeszcze noc, mimo to na ulicach zaczyna przybywać ludzi śpieszących do pracy. Przejeżdżamy przez most, docieramy do pobliskiego miasta i robi się coraz jaśniej. Przez grubą warstwę chmur przebija się jaskrawoczerwone słońce, które wzmaga efekt indyjskiego poranka. Śpiew ptaków, korek, klaksony, przebiegający ludzie przed pojazdami, kobiety ubrane w kolorowe sari, mężczyźni stłoczeni na pace ciężarówki, barwne autobusy obwieszone girlandami, psy szukające wygodnego miejsca na spoczynek. Wszystkie te elementy nakładają się na siebie, tworząc atmosferę niespotykaną nigdzie indziej, dodatkowo przez uchylone okno dobiegają do nozdrzy zapachy świeżo przygotowywanych potraw. Przejechawszy przez miasto słońca, widoki za oknem robią się coraz ciekawsze. Wodospady tuż przy drodze, kręte ulice pnące się na szczyty wzgórz, palmy, pola ryżowe, lasy kauczukowe, otaczająca zieleń i zapach świeżości nadchodzącego dnia niezmąconego jeszcze zmęczeniem zwiastują dzień pełen wspaniałych krajobrazów.

Pierwszym przystankiem jest ogród pełen przypraw. Kerala pachnie przyprawami, warto więc zobaczyć przyprawy uprawiane w naturalnych warunkach. Próbuję wszystkiego co można i poleca przewodnik. Moje kubki smakowe szaleją, kiedy smakuję zielonego pieprzu prosto z pnącza. Rozgryziony wybucha świeżością i intensywnością smaku, by po chwili niemiłosiernie piec w gardło. Przewodnik podpowiada, że świeży pieprz niweluje ból gardła i stosuje się go przy zaziębieniach. Oprócz pieprzu pełno tu roślin poprawiających zdrowie, które stają się ważnymi składnikami proszków, jakie znamy z apteki. Ogród nie jest duży, dlatego po godzinie opuszczam to spokojne miejsce i ruszamy dalej.

Widoki coraz bardziej rozbudzają wyobraźnię i ciekawość, co kryje się za kolejnym zakrętem. W końcu ukazuje się to, na co tak bardzo liczyłam, pola usłane herbatą. Małe krzaczki pełne zielonych liści mienią się w słońcu. Pośród nich uwijają się przy pracy kolorowo ubrane kobiety zbierające listki herbaty. Zdjęcia robię z daleka, widać, że panie są skupione na pracy, nie chcę przeszkadzać, dlatego udajemy się w dalszą drogę.

Oddalamy się w kierunku fabryki, w której mogłabym zapoznać się z procesem, przez jaki przechodzi herbata, od krzaczka do opakowania, po które sięgam w sklepie. Niestety, w tym samym czasie kiedy parkujemy na podjeździe, fabryka zamyka swe usługi dla turystów. Muzeum herbaty także w poniedziałek jest nieczynne. Na szczęście mam bardzo dobrego przewodnika, który zabiera mnie na punkt widokowy na wzgórza usłane herbatą i do miejsca zwanego Echo Point.

Kto dostrzeże słonie? 😉

Po drodze pojawiają się znaki informujące, że w okolicy mogą pojawić się dziko żyjące słonie. Za zakrętem czeka na nas niespodzianka. Daleko przed nami widzimy dwa słonie. Wydają się maleńkie w porównaniu do otaczającego krajobrazu. Dalej ruszamy w kierunku Echo Point.

Malowniczo położone jezioro urzeka i rzeczywiście echo niesie wypowiedziane słowa i krzyki hen daleko. Nacieszywszy się krajobrazami, wracamy do głównego punktu wycieczki – herbaty.

W Munnar przejeżdżamy przez kolejny stary most ku Tea Valley i wchodzimy na szlak, gdzie mogę wreszcie podążać wzgórzami porośniętymi herbatą.

Gdzieniegdzie rosną drzewa oblepione pomarańczowymi pąkami. Tworzą one doskonały kontrast dla wszechobecnej zieleni.

Dodatkowo między krzakami wyłaniają się olbrzymie kamienie. Widoki iście pocztówkowe.

Niestety dzień chylił się ku końcowi i wzgórza spowiła mgła.

Krótka trasa, którą przeszliśmy, utwierdziła mnie w przekonaniu, że w Kerali bez butelki wody nie warto wybierać się w trasę.

Po mniej więcej godzinnym spacerze w dół i w górę udaliśmy się w drogę powrotną do Kochi.

Choć pośród zielonych wzgórz spędziłam niecały dzień, polecam to miejsce dla wszystkich spragnionych bajecznych widoków. Warto było.

No, dobrze i jeszcze jeden widoczek. Tam było tak pięknie 🙂

A wyjeżdżając z Munnar natknęliśmy się na zrelaksowaną rodzinę małpek.

P. S. Do przeczytania za tydzień. 🙂

Inne wpisy o Indiach:

10 komentarze(y) Dodaj komentarz
  1. Kosmos, czułabym się świetnie pośród pól herbaty. 😀 Słoni się nie spodziewałam, jaram się jak w polskich lasach zobaczę stado jeleni, a co dopiero dzikie słonie!

    1. Dziękuję 🙂 Masala tea to jest to jeżeli chodzi o herbatę – polecam bardzo. Najlepiej oczywiście smakuje w Indiach.

  2. Przepiękne miejsca i cudne zdjęcia. Tyle soczystej zieleni na żywo musi wdać ogromna dawkę energii bo oglądając zdjęcia czuje jak ładują mi się baterie. Indie wciąż jeszcze przede mną .. mam nadzieje źe już niebawem będę mogła osobiście poczuć klimat herbacianych pól

  3. Nie mam nigdy problemu ze wczesnym wstawaniem, szczególnie w podróży. Wręcz przeciwnie- pierwsza jestem na nogach o świcie i przebieram nogami, żeby już ruszyć przed siebie. Soczystość tej herbacianej zieleni zwala z nóg!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *