Niezwykłe świątynie Jaipuru. Świątynia Słońca i Świątynia Małp.

Przejeżdżam przez łososiowo-różową bramę, leżącą we wschodniej części Jaipuru. Dookoła biegają czarne świnie. Na dachach małpy obserwują to, co dzieje się na ulicy a kozy uparcie stoją tuż przy zaparkowanej rikszy. Rikszarz gasi silnik i wesołym głosem oznajmia, że dojechaliśmy na miejsce. Miejsce postoju za nic nie przypomina kompleksu świątyń, które widziałam na zdjęciach. Widząc moje przerażenie, rikszarz wskazuje mi drogę, która pnie się po wzgórzach otaczających Jaipur. Wydaje instrukcje na co mam uważać, jak mam kierować się ku świątyniom i zaznacza, że będzie na mnie czekał. Proponuje mi pomoc dwóch młodych hindusów, którzy mają odganiać natrętne małpy podczas wspinaczki do świątyń. Dziękuję za ofertę pomocy, a rikszarz raz jeszcze patrzy na mnie z troską i dodaje złowieszcze „uważaj na siebie, tam jest niebezpiecznie”. Uśmiechem żegnam kierowcę żółto-zielonej rikszy i udaję się w kierunku kamiennej ścieżynki prowadzącej ku bajecznie położonym świątyniom.

Gdy wchodzę na drogę wyłożoną kamieniami, od razu zauważają mnie dzieci. Potargane, brudne i bose biegną w moim kierunku. Uśmiechają się promiennie i wyciągają ręce. Jedne chcą się przytulić a inne coś dostać. Moją kartą przetargową staje się naszyjnik ze świeżych kwiatów róży, który wcześniej podarował mi rikszarz. Dzieci chwytają radośnie swą zdobycz i już nie zwracają na mnie uwagi. Wkupiona w łaskę najmłodszych zaczynam mozolną wspinaczkę ku świątyniom.

Na całym szlaku panuje dość osobliwa atmosfera. Mężczyźni leżą pod murkiem przykryci płachtami. Mocno owinięte w kolorowe materiały krowy o zdeformowanych ciałach ledwo stoją a jeszcze inne leżą wymęczone namolnymi atakami much. Połaci materiałów rozłożonych przy murku, na których są rozsypane niewielkie ilości ziaren, pilnują wychudzone kobiety o zmęczonych spojrzeniach. W cieniu kobiet siedzą najmłodsze dzieci, które jeszcze nie potrafią chodzić, te starsze biegają po wzgórzach, wyłaniając się czasem zza krzaków. Na całym szlaku panuje potęgująca doznania cisza, oblana żarem indyjskiego słońca.

„Już za chwilę będę” myślę kiedy dochodzę do niemal pionowego podejścia. Za nim wita mnie jasnoróżowy dom z dość wysokim murkiem. Na nim siedzą starsze kobiety w kolorowych sari. Widząc mnie zaczynają się śmiać i staję się obiektem ich żartów. Przechodzę obok rozbawionych pań i z nieśmiałym uśmiechem oddalam się, wybierając szlak prowadzący w prawo. Łagodnym podejściem udaję się do pierwszego celu mojej wspinaczki, do Surya Mandir, czyli Świątyni Słońca.

Zgodnie ze staroindyjską nauką architektoniczną (Sthapatya Veda), ważne obiekty takie jak świątynie czy forty budowane były w trudno dostępnych strategicznych miejscach. Świątynia Słońca górując nad Jaipurem, potwierdza tę regułę. Ogromne drewniane drzwi także są świadectwem starego stylu budownictwa. Wybudowana w 1734 roku za pozwoleniem maharadży Swai Jai Singha II Świątynia Słońca była jedną z ważniejszych świątyń na terenie miasta. Uważano, że władcy Jaipuru pochodzili od potomków Słońca, a ich rodowód nazywał się Suryavanshi. Dlatego w przeszłości świątynia odgrywała tak ważną rolę. Co roku odbywała się także procesja, na którą ściągały tłumy, także sam król w niej uczestniczył. Świątynią zarządzają od wieków kapłani. Choć wielkość świątyni nie jest imponująca, to warto wybrać się do niej dla widoków, jakie oferuje na Jaipur. Otwarta jest od świtu do zmierzchu.

Nie zdążyłam nawet przekroczyć progu Świątyni Słońca a już podchodzi do mnie starsza kobieta. Ciągnie mnie za rękę do ołtarza, przy którym jak w transie odmawia słowa modlitwy, okadza mnie, zdecydowanym ruchem maluje kropkę na czole i zwinnie zawiązuje mi na dłoni żółto-czerwoną nitkę. Wyciąga koszyk, do którego pośpiesznie wrzucam datek. Świątynię Słońca zwiedzam w ciszy, delikatny wiatr rozwiewa włosy, a przyjemny chłód bijący od murów świątyni, jest ukojeniem po mozolnej wspinaczce. Przy wyjściu kobieta raz jeszcze pochodzi do mnie z koszykiem i tym razem pokazuje ręcznie wykonane wyroby takie jak drewniane, bogato zdobione słonie, bransoletki i różne figurki. Skusić się i kupić czy nie? Oto jest pytanie.

Najwyższy punkt wzniesienia osiągnięty i teraz będzie łatwiej dotrzeć do kolejnego punktu zwiedzania, Świątyni Małp schowanej pośród wzgórz. Przechodzę znów obok różowego budynku, przy którym nadal szczerzą się na mój widok staruszki w kolorowych strojach i ruszam dalej, tym razem schodząc ze wzniesienia. Chwilowa myśl o tym, że miło się schodzi, napawa mnie grozą. Przecież będzie trzeba znów piąć się pod górę w drodze powrotnej!

Na szlaku pojawia się też coraz więcej ludzi. Samotne wzniesienia ożywają, a kiedy znajduję się u podnóży wzniesień, dostrzegam budynki przyklejone do skał.

Przy wejściu do świątyni przechwytuje mnie bramin, który zabiera mnie przed ołtarz. Po wysłuchaniu historii powstania świątyni, bramin odmawia nade mną tajemne modlitwy, okadza i zawiązuje kolejną nić na mojej ręce. Z kolejną kropką na czole rzucam na tacę datek. Mogę udać się na zwiedzanie kompleksu.

Payohari Krishnadas w XV wieku przybył do Galty, miejsca, w którym skupiali się jogini i sadhu. Dzięki swej mocy i zdolnościom jogicznym wyparł z tego miejsca innych świętych mężów i stworzył najważniejszy ośrodek sekty Ramanuja. W XVI wieku wybudowano także świątynię Galtaji z różowego kamienia.

Cały kompleks położony jest wokół naturalnego źródła tworzącego siedem basenów, w których pielgrzymi dokonują rytualnych ablucji. Najważniejszy zbiornik nazywany Galta Kund jest najgłębszy i według legend nigdy nie wyschnie. Podobno śmielsi pielgrzymi z klifów skaczą do Galta Kund.

Pierwsze, które zobaczyłam, szybko przemykały z podniesionymi ogonami, w sobie tylko znanym kierunku. Na murkach, w cieniu drzew i krzaków, zdaje się, że wszędzie znajdą miejsce na harce. Małpy. Zwinne, udające słodkie i leniwe stworzenia są ozdobą świątyni Galtaji. Nieprzypadkowo cały kompleks znany jest jako Świątynia Małp, Galwar Bagh. Taką nazwę zyskał ze względu na dużą ilość małp zamieszkujących świątynne komnaty. Podobno występuje tu ponad 200 małp, żyjących w stadach gdzie cztery samice przypadają na jednego samca.

Zwiedzanie Świątyni Małp zakończone, znów muszę wspinać się po niewysokim, ale dającym w kość wzgórzu. Tym razem w towarzystwie Francuzów, Amerykanów i Hindusów opuszczam kamienny szlak i udaję się pod wschodnią bramę Jaipuru, gdzie czeka na mnie riksza.

P.S. Do przeczytania za tydzień. 🙂

A w międzyczasie możesz zapoznać się z innymi wpisami o Indiach.

4 komentarze(y) Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *