„Amsterdam” i Russell Shorto, czyli kilka niezwykłych historii o stolicy Holandii.

Czasem lubię podzielić się z Wami moimi książkowymi odkryciami. Przed wyjazdem do Amsterdamu, miasta, o którym można znaleźć wiele ciekawych informacji w Internecie, sięgnęłam po książkę, którą napisał Amerykanin Russell Shorto pt. „Amsterdam”. W tej książce nic nie dzieje się przypadkowo a życiorysy osób związanych z miastem lekko i barwnie przenikają się z historią stolicy Holandii. W książce znalazłam wiele ciekawych i zaskakujących faktów dotyczących historii miasta rowerów i kanałów. Przed lekturą myślałam, że będzie to napisana naukowym językiem publikacja, jednak zostałam bardzo mile zaskoczona. Książka niezwykle wciąga i pozwala poznać miasto z zupełnie innej perspektywy. Przed wyjazdem polecam, byście sięgnęli zamiast nudnego przewodnika, po  inspirującą książkę, by lepiej poznać Amsterdam. Na zachętę przedstawiam kilka ciekawych historii z książki „Amsterdam”.

Cud Amsterdamu.

W średniowieczu Amsterdam był mieściną, w której niewiele się działo, a w porównaniu do innych rozwiniętych już wtedy miast Europy był niewyróżniającym się, niezbyt ciekawym punktem na mapie Europy. Wszystko zmieniło się za sprawą cudu, który zdarzył się w 1345 roku.

„[…] w owym roku, pewnej zimnej wtorkowej nocy przed Niedzielą Palmową, zwyczajne wydarzenie – śmierć starego człowieka – przybrało dziwny obrót. Tuż po przyjęciu Świętego Sakramentu konający zwymiotował, a kobiety opiekujące się nim ujrzały, że Eucharystia wydostała się z jego ust cała, nietknięta. Rzuciły wymiociny w ogień, sądząc, chyba że płomienie zapewnią najmniej świętokradczy sposób pozbycia się świętej zawartości, ale, o dziwo, hostia nie spłonęła. Miejscowy duchowny odbył procesję do kościoła, niosąc ocalony opłatek, i ogłosił, że nastąpił cud. Na miejscu domu zmarłego zbudowano wspaniały kościół, który jakiś czas potem spalił się doszczętnie, i to nie raz, ale dwukrotnie. Ponieważ za każdym razem hostia przetrwała pożar, „cud z Amsterdamu” zyskał sławę w całej średniowiecznej Europie”.

Kiedy Amsterdam zaistniał jako miejsce pielgrzymek, zdarzył się kolejny cud w 1489 roku. Maksymilian Habsburg, syn cesarza, wybrał się na pielgrzymkę do Amsterdamu. Został uzdrowiony. Miasto zyskało jeszcze większy rozgłos i licznie odwiedzali go pielgrzymi z różnych stron Europy. W 1578 roku miasto przeszło na kalwinizm i zakazano pielgrzymek. Pod koniec XIX wieku przywrócono tradycję. Od tego momentu w marcu każdego roku można podziwiać całonocną procesję przemierzającą ulice miasta.

Przypadkowe odkrycie, które przyczyniło się do rozwoju Amsterdamu.

Przed cudem żaroodpornej hostii, rybacy łowili śledzie w przybrzeżnych wodach, nie mogli wypływać w dalekie rejsy, gdzie ryb było więcej. Rybołówstwem w skali handlowej zajmowały się inne państwa, a Holandia nabywała śledzie od Szwedów. Rybacy z Amsterdamu całkiem przypadkiem odkryli metodę, która pozwoliła na rozwój miasta.

„Śledzie (i różne inne ryby) mają w żołądkach tak zwane wyrostki odźwiernikowe (pyloric caeca), wydzielające enzymy trawienne. Jeśli podczas patroszenia zostawi się te wyrostki wraz ze śledzioną, solona ryba znacznie dłużej zachowa świeżość i w dodatku mieć będzie więcej smaku. Odkrycie to pozwoliło holenderskim rybakom – przynajmniej w teorii – porzucić rejony przybrzeżne i w poszukiwaniu śledzi wyprawiać się na odległe, lodowate i burzliwe wody Morza Północnego”.

Odkrycie to pozwoliło na budowę nowych statków, które pozwalały na kilkutygodniowe podróże do wód obfitujących w srebrzystego śledzia. Amsterdam zaczął zyskiwać miano prężnie rozwijającego się miasta, aż w końcu dzięki śledziom stał się zamożnym miastem, opanowując rynek śledzi. Do dziś możemy skosztować śledzika, który przyczynił się do rozwoju miasta i trwale zapisał się w historii miasta.

Wyprawy po przyprawy.

Pierwsza wyprawa Holendrów ku przyprawom była naznaczona pechem i choć przygotowywano się do niej bardzo skrupulatnie: wysłano do Portugalii na dwa lata holenderskiego szpiega, zatrudniono najlepszego kartografa w tamtych czasach, to po dwóch latach i czterech miesiącach ekspedycji pod wodzą Houtmana z 249-osobowej załogi powróciło tylko 89 ludzi w opłakanym stanie.

Amsterdamscy kupcy nie przestraszyli się klęski, jaką poniosła załoga, przywiezione kilka worków pieprzu zwróciło z nawiązką koszty wyprawy. Zaczęto wysyłać nowe ekspedycje, które przywoziły coraz więcej przypraw, a zysk ze sprzedaży wynosił nawet 400 procent. W ciągu czterech lat od pierwszej nieszczęśliwej wyprawy wysłano 65 holenderskich statków. Gwałtowny napływ przypraw do Europy spowodował spadek ich cen. Holenderscy kupcy musieli dokonać zmian, by nadal czerpać zyski ze sprzedaży. I tak powstała Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska.

„Umiejętnie wprowadzano na europejski rynek nowe towary – kawę, herbatę, tytoń. Używki te sprzedawano jako cudowne panacea i reklamowano często w zdumiewająco nowoczesny (choć czasem nieco prostacki) sposób:

Herbata odmładza nawet starych jak wiekowe drzewa.

Herbata mocz zziębniętych rozgrzewa.

Cała ta działalność była nastawiona na zaspokojenie potrzeb pojedynczego człowieka. Tak zaczęła się era konsumpcjonizmu, który, w dobrym i złym, jest na pewno elementem liberalizmu”.

Jak wyglądała budowa Amsterdamu.

Russell Shorto dotarł do źródeł, opisujących jak mozolnie wyglądała budowa Amsterdamu. Pisząc książkę, sięgał do literatury, malarstwa, jak i danych przedstawianych w specjalistycznych księgach. Na tej podstawie powstał niezwykle realny opis budowy jednej z dzielnic Amsterdamu. Oddaje on ogrom prac, jakie trzeba było wykonać przy budowie Amsterdamu.

„Kanały otrzymały dostojne nazwy, aby zachęcić nowobogackich kupców do zbudowania tu sobie wspaniałych domów: Prinsengracht (kanał Księcia), Keizersgracht (kanał Cesarza), Herengracht (kanał Panów). Przed rozpoczęciem budowy należało jednak osuszyć bagnisty teren. Najpierw wzniesiono wokół niego fortyfikacje, potem wybudowano wiatraki. Następnie wydrążono kanały i skonstruowano system śluz, aby woda w kanałach mogła być codziennie zmieniana. […] Wszystko robiono ręcznie, nie było przecież maszyn budowlanych. Na rycinach i obrazach z tego okresu możemy czasami zobaczyć taczki i łopaty, ludzi stojących po kolana w błocie, deski ułożone po to, aby taczki mogły przejechać po miękkim gruncie.

Mimo to w ciągu zaledwie jednego pokolenia: Wykopano ręcznie 10 kilometrów kanałów (używając kół wodnych napędzanych jak stacjonarny rower). Zabudowano tereny wzdłuż kanałów (czyli 20 kilometrów), wydobywając błoto i podnosząc poziom gruntu za pomocą przywożonego barkami piasku, aby można było na nim budować. Zbudowano około stu mostów. Wybrukowano 20 kilometrów ulic wzdłuż brzegów kanałów. Potem zaczęto wznosić domy i zbudowano ich przeszło trzy tysiące, a każdy stanął, o zgrozo, na mokradłach, co wymagało mozolnego wbijania wielu pali (oczywiście ręcznie). Jest to tak katorżnicza praca, że holenderskie słowo na określenie palowania – heien – występuje w licznych powiedzeniach, piosenkach i podaniach ludowych.

Wzniesienie jednego domu wymagało wbicia około czterdziestu par pali. Każdy był grubą, prostą kłodą ze skandynawskiej sosny, którą wbijano 12–18 metrów w głąb torfu, piasku albo gliny. Wspaniały ratusz, zbudowany na placu Dam w 1653 roku (dziś Pałac Królewski), wymagał wbicia 13 659 pali. Gdybyście przyjechali do Amsterdamu w czasach jego świetności, największe wrażenie zapewne zrobiłby na was widok „lasu” słupów, z nisko zawieszonym nad każdym półtonowym blokiem żelaza. Trzydziestu, czterdziestu mężczyzn, śpiewających pieśń dla utrzymania zgodnego rytmu i pokrzepiających się piwem, jednocześnie ciągnęło za liny, aby podnieść ten heiblok do góry; następnie, na komendę heibaasa, puszczało linę i ciężar spadał na słup, wbijając go nieco głębiej w grunt. Skandynawskie kłody tkwią tam do dziś.

Domy nad kanałami, które widać w centrum Amsterdamu (z wyjątkiem tych, którym wymieniono fundamenty) stoją na palach wbitych w ziemię w XVII wieku. To, że wciąż dźwigają tak dużą część miasta, zawdzięczamy umiejętnościom siedemnastowiecznych budowniczych, którzy wiedzieli, że pale nie zbutwieją, gdy będą znajdować się całkowicie pod wodą. Kłopot polegał na tym, że ich czubki, stykające się z podmurówką, musiały wystawać ponad powierzchnię, bo inaczej zaprawa nie stężałaby. Znaleziono jednak sposób: pale wbijano poniżej linii wody, którą następnie tymczasowo wypompowywano. Kiedy zaprawa stężała, wodę wpuszczano na powrót i słupy, bezpiecznie schowane pod wodą, były chronione przed niszczącymi skutkami tlenu. Prace te prowadzono przez większą część XVII stulecia. […]

Całe miasto, przez cały złoty wiek, było placem budowy, na którym nieustannie trwała praca. Amsterdamski pierścień kanałów stał się po ukończeniu najwspanialszym dziełem urbanistycznym tej epoki, wzorem dla miast europejskich od Anglii po Szwecję. Piotr Wielki przez pewien czas mieszkał w Amsterdamie, studiując stosowane tu rozwiązania inżynieryjne i urbanistyczne. Zdobytą wiedzę wykorzystał w czasie budowy Petersburga, który też wzniesiono na bagnach”.

Zabytkowe kamienice Amsterdamu.

Spacerując wzdłuż kanałów, warto podnieść głowę, by zobaczyć pozostałości z dawnych czasów, kamienice w Amsterdamie budowano pod kątem użyteczności dlatego:

„Wędrując nad amsterdamskimi kanałami, zwłaszcza Prinsengracht, zewnętrznym z czterech głównych kanałów i przeznaczonym do przewozu towarów, zauważycie, że w wielu stojących przy nich ceglanych budynkach środkowe okna na każdym piętrze mają okiennice. To magazyny. W pewnym sensie zresztą całe miasto stało się jednym wielkim magazynem. Kupiec miał biuro na parterze swojej kamienicy, w pokoju wychodzącym na ulicę. Rodzina mieszkała na tyłach domu, a na piętrach przechowywano towary, którymi kupiec handlował. Jeśli zadrzecie głowę, zobaczycie belkę sterczącą ze szczytu każdego domu, ze zwieszającym się z niej metalowym hakiem. Tych belek dźwigowych nadal się używa, choć przeważnie do transportu mebli na piętra. W XVII wieku za pomocą bloczka i liny wciągano tam skrzynki z towarami. Zwłaszcza w wypadku przypraw możliwość przechowywania dużych ich ilości zapobiegała znacznym wahaniom cen, z czego oczywiście korzystali wszyscy”.

Amsterdam i książki.

Pewna sytuacja finansowa miasta przyczyniła się do rozwoju kultury w Holandii. Branża wydawnicza także korzystała ze stabilnej sytuacji finansowej miasta, ponieważ w złotym wieku:

„Liczbę księgarń w Amsterdamie tego czasu ocenia się na czterysta, a liczbę wydawnictw na sto – liczby wręcz niewiarygodne. Jedna z najbardziej niezwykłych informacji, na jakie natrafiłem, pochodzi od Hermana de la Fontaine Verweya (kierownika katedry „nauki o książce” na uniwersytecie w Amsterdamie). Według niego w XVII wieku połowa książek publikowanych na całym świecie ukazywała się w Niderlandach. I jeszcze jedna zdumiewająca liczba: w siedemnastowiecznym Amsterdamie wychodziło drukiem 30 procent wszystkich książek wydawanych w całym ówczesnym świecie”.

Słynny protest.

Yoko Ono i John Lennon od 25 do 31 marca mieszkali w hotelu Hilton w Amsterdamie. Z hotelowego łóżka prowadzili strajk okupacyjny w imię pokoju. Od czasu do czasu wywieszali odręcznie wykonane transparenty głoszące hasła typu „Łóżko dla pokoju”. Wytwórnia EMI Records wpadła na pomysł godzinnej audycji piątkowej z pokoju hotelowego, w którym protestowali Yoko Ono i John Lennon. Dziennikarzem, który przeprowadził wywiad, był Jan Donkers, korespondent rozgłośni radiowej VPRO.

Donkers powiedział mi, że w ciągu tej godziny w Hiltonie największe wrażenie zrobiło na nim to, jak bardzo Ono rwie się do mikrofonu i jak wyluzowany i zabawny jest Lennon. Kiedy Ono wygłaszała długie, napuszone oświadczenie w sprawie pokoju i energii kosmicznej, John milczał. Odczekał chwilę, a potem powiedział ze swoim liverpoolskim akcentem: „Ona jest cudzoziemką, rozumiecie”. […] Happening Lennona i Ono, który ściągnął do Amsterdamu dziennikarzy z całego świata, nie przyczynił się zbytnio do pokoju na świecie, ale być może ugruntował sławę Amsterdamu jako ośrodka nowego liberalizmu”.

Holenderska koncepcja tolerancji i narkotyki.

W latach ‘60 nastała moda na marihuanę, w Holandii nie potępiono używania narkotyku, ale:

„Kiedy popularność narkotyków rosła, holenderskie Ministerstwo Sprawiedliwości zastosowało gedogen, specyficznie holenderską koncepcję tolerancji: „twarde” narkotyki, na przykład heroinę, uznano za niebezpieczne, ale zaczęto się zastanawiać nad depenalizacją „miękkich” narkotyków, takich jak marihuana. W 1973 roku trzy partie polityczne, między innymi D66 i Partia Pracy, w swoim programie wyborczym zawarły postulat takiej zmiany przepisów, aby marihuana była w nich traktowana jak alkohol. […] Ponieważ policja tępiła handel narkotykami na ulicach, znaleziono inny sposób. Każdy mieszkaniec Amsterdamu lub turysta przyjeżdżający do miasta wie, jaka jest różnica między coffee shopem a kawiarnią. Historycznie rzecz biorąc, polegała ona na tym, że kawiarnie miały pozwolenie na wyszynk alkoholu. Ponieważ coffee shopy z zasady sprzedawały tylko kawę, policja nie miała powodu, aby interesować się tym, co się w nich dzieje. Dlatego handel „trawką” przeniósł się do tych lokali i amsterdamski coffee shop zyskał swoją mistyczną atmosferę. Pierwszym coffee shopem był podobno Mellow Yellow, dawna piekarnia przy Weesperzijde, założony w 1973 roku przez dwudziestotrzyletniego Wernarda Bruininga”.

Łagodne podejście do narkotyków może dziwić. W Holandii obowiązują jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów na świecie, jeśli chodzi o leki na receptę, a lekarze niechętnie przepisują leki. Sami Holendrzy nie wierzą w skuteczność reklamowanych medykamentów.

Stosunki Anglia – Holandia.

W złotym wieku Holandii kraj zyskał zainteresowanie Anglików, którzy żywo interesowali się fenomenem prowincji niderlandzkich. Wszakże to małe państwo wygrało wojnę z imperium hiszpańskim, stworzyli naród i zaistnieli jako potęga finansowa Europy. Z roku na rok stosunki pogarszały się, aż w końcu doszło do rywalizacji między dwoma krajami i do wojen handlowych. W społeczności obu krajów także było widać niechęć, którą okazywali sobie poprzez niezbyt pochlebne tytuły.

„[…] angielscy pamfleciści prześcigali się w wymyślaniu coraz bardziej obelżywych dla Holendrów tytułów. (Rodowód Holendrów, czyli relacja o ich zrodzeniu się i pochodzeniu od końskiego łajna zamkniętego w maselnicy). Ślady tej niechęci zachowały się w języku angielskim: „holenderska odwaga” (czyli alkohol: trzeba się upić, by się zdobyć na odwagę), mówić z kimś jak „holenderski wujek” (czyli prawić komuś morały), zjeść w restauracji „po holendersku” (czyli płacąc każdy za siebie), „holenderskie przyjęcie” (podobnie): wszystkie są obraźliwe i wszystkie wywodzą się z czasów siedemnastowiecznej wojny pamfletowej”.

Przedstawiłam wam niewielki ułamek historii dotyczących niezwykłego Amsterdamu, wiele innych i znacznie ciekawszych znajdziecie w książce „Amsterdam”, którą napisał Russell Shorto. Po przeczytaniu „Amsterdamu” zwiedzanie miasta stało się zupełnie innym przeżyciem.

A oto inne wpisy o fascynującym Amsterdamie:

 

Którą przekąskę wybrać? Fastfoodowa podróż po Amsterdamie.

 

 

 

Wiatraki w Amsterdamie. W poszukiwaniu ośmiu perełek Amsterdamu.

 

 

 

Muzea w Amsterdamie. Które wybrać, by poznać lepiej miasto.

 

 

 

Co warto zobaczyć w Amsterdamie.

 

 

 

P.S. Do przeczytania za tydzień. 🙂

14 komentarze(y) Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge